gallegher

Urodziłem się w roku 1987, w czasach gdy nie było pampersów, telefony komórkowe gabarytowo przypominały cegłę, a komunizm w Europie nieuchronnie chylił się ku upadkowi. Wtedy to też urodziło się pierwsze polskie dziecko poczęte metodą in vitro. Nie byłem to ja, ale sam fakt godny jest odnotowania. 

Dwa lata później kiedy w końcu obalono ten straszny system w którym przyszło mi żyć i chodzić na czworaka, ja beztrosko i w pełnej nieświadomości obalałem wieże z klocków w nieistnejącym obecnie żłobku, do którego co rano zawoziła mnie mama w drodze do nieistniejącej obecnie fabryki nici. 

Do przedszkola miałem już zdecydownie bliżej, bo znajdowało się ono (i nadal znajduje) na tym samym osiedlu na którym przyszło mi żyć. To właśnie tam stwierdziłem, że nie lubię zupy owocowej i zapałałem wielką miłością do Wojowniczych Żółwi Ninja. Wtedy to chyba zacząłem nosić okulary, które towarzyszyły mi przez jakieś dziesięć lat. Ciągle też wierzyłem, że Św. Mikołąj istnieje na prawdę.

Po kilku latach przeniosłem się do budynku obok, czyli do podstawówki. Szedłem tam z przekonaniem, że spędzę w owej placówce najbliższe osiem lat. Jednak po drodze coś się komuś na górze odwidziało przez co mój pobyt skrócił się o dwa lata. Jako że byłem mądrym i inteligentnym dzieckiem, dawałem sobie radę w szkole, z przysłowiowym pacem w przysłowiowej dupie. Owa placówka umożliwiła mi też pierwszy w życiu wyjazd za granicę, a konkretnie do Niemiec i Danii. Jakiż był mój zachwyt gdy śmigneliśmy przez granicę tych państw bez zatrzymywania się. Mniej więcej w tym okresie nabawiłem się tej blizny nad prawym okiem, nurkując głową w szkło. Tak więc szkoła podstawowa była na ogół radosnym i beztroskim okres w moim życiu i ówcześnie nic nie zapowiadało nadchodzącej katastrofy.

Owa katastrofa wiąże się bezpośrednio ze wspomnianym wyżej zwinięciem dwóch lat, gdyż była dana mi niejako w zamian, a zwała się gimnazjum. Po kolorowej podstawówce przyszedł czas na brutalną rzeczywistość żywcem wyjętą z Bronxu lat `70. Codzienna walka o przetrwanie w jednym kawałku i doniesienie kompetu uzębienia do domu by mieć czym zjeść obiad, barbarzyńsko stłamsiła we mnie większość humanistycznych odruchów. Dziś gdy to wspominam przed oczyma stają mi setki obrazów jak z dobrej czeskiej komedii - bo faktycznie patrząc z perspektywy czasu był to iście komiczny okres, tylko że czasem trzeba było śmiać się przez łzy. Ale nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło - takiej szkoły charakteru nie ma chyba nawet w Legii Cudzoziemskiej. Ale były też i plusy ciągłego przebywania w tym żółto-brudnym budynku pamiętającym jeszcze Stalina. Wtedy to rozwinęła się we mnie pasja o charakterze historyczno-eksploracyjnym która trwa do dziś. Wtedy, gdy zagłębiałem się w bunkrowe tematy jako człowiek kompletnie jeszcze zielony, przez myśl mi nawet nie przeszło, że moja nowa pasja da mi tyle nowych doznań włączając w to rozpoznawalność na ulicy, hehehe... Zmiana szkoły to też nowe ciekawe rany - tym razem trochę żużlu zadomowiło się w moim kolanie. I jest tam do dziś.

Lekko odmieniony i ze zjeżoną siercią doczekałem końca i po raz pierwszy w życiu mogłem sam zadecydować które mury będą mnie więzić przez następne trzy lata. Jak się później okazało wybrałem najlepiej jak tylko mogłem i do usranej śmierci będe powtarzał, że liceum to jeden z lepszych okresów mojego życia był, jeśli nie najlepszy - wolność, zmartwień brak i codzienna beka z byle czego. To było jak nagroda po tych trzech latach psychofizycznego bliztkriegu. Zaczęły się obozy integracyjne, wigilie klasowe, występy pseudoartystyczne, półmetki, studniówki, matury, a spotkania klasowe trwają do dziś. To dzięki licealnym znajomościom i powiązaniom serducho zaczynało szybciej bić, a myśli stawały się coraz bardziej nieokrzesane. Bunkrowa pasja rozwijała się w najlepsze, a pieniędzy na piwo nigdy nie brakowało (i dalej z resztą nie brakuje). Nawet straszny potwór zwany Matura nie spędzał mi snu z powiek. Oczywiście występowało wówczas mnóstwo zgrzytów starających się zmącić moją licealną pozytywną nutę, ale nigdy nie stwierdzono przewagi minusów nad plusami - mówię to teraz z jeszcze większym przekonaniem niż onegdaj, gdyż z perspektywy czasu. I z tego miejsca polecam "Elektryka" każdemu kto może jeszcze wybrać ;). 

Po maturze nie obijałem się zbyt długo, bo pierwsze dni wakacji spędziłem wożąc papiery po różnorakich szkołach wyższych. W końcu i tak osiadłem tam gdzie chciałem - na WSNHiD. Pierwszy rok studiów upłynął mi pod znakiem przeprowadzki do Poznania, pod znakiem pierwszych szlifów redaktorskich, pod znakiem pewnej, tylko na pozór nudnej, pracy i pod znakiem piłkarskich emocji. Po niecałym roku znudziło mi się bycie przyszywanym poznaniakiem, więc wróciłem do mojej kochanej mieściny gdzie przez rok pracowałem jako referent w jednym z wydziałów UM jakim jest SM ;).

Obecnie pracuję jako czarodziej - zamieniam ludzi w motyle
i jestem na trzecim roku studiów. Naturalnie dalej oddaję się też mojej fortyfikacyjnej pasji. Nie za bardzo chce mi się dorastać, i choć serce dojrzało, to w czajnku dalej lekki bałagan. Poza tym staram się zmieniać świat na lepsze - nie tylko czczym gadaniem.

Niech Was, i mnie, rock`n`roll prowadzi. 

C.D.N.

tak wyglądałem, gdy obalano komunę